Wiele produktów sprzedawanych w takich sklepikach rzeczywiście nie jest zdrowa. To prawda, że popijanie chipsów i batoników napojami z benzoesanem sodu już od najmłodszych lat zwiększa prawdopodobieństwo zachorowania na różne choroby. Dlatego całkiem rozsądne i zrozumiałe jest, gdy rodzice ograniczają swoim dzieciom dostęp do takich przekąsek. Natomiast nie jest ani zrozumiałe ani rozsądne, gdy dostęp ogranicza państwo.
Decyzja o tym, co będzie jeść dziecko należeć powinna do jego opiekunów, a nie do władzy państwowej. Ta władza wdarła się właśnie w kolejny obszar życia i swoim zwyczajem rozpycha się łokciami nie szanując indywidualnych ludzkich decyzji. Narzuca swoją wolę, swój wzorzec. I nie jest ważne, czy to jest dobry wzór czy nie. Ważne jest to, że został nam narzucony.
A co, jeśli dla ktoś nie ma problemu w tym, że jego dziecko je chipsy? Albo więcej: nawet chce, aby jego dziecko mogło sobie taką przekąskę swobodnie kupić? Dopóki była taka możliwość, to rodzice przeciwni niezdrowemu jedzeniu mogli po prostu swoim dzieciom zabronić jego kupowania. Jedni podejmowali taką decyzję, drudzy inną. A obecnie część Polaków została ograniczona w swoim wyborze.
Nie chodzi już nawet o te słodycze i przekąski. Prawdopodobnie ich spożycie wcale nie spadnie, bo dzieciaki zamiast w sklepiku szkolnym kupią sobie chipsy „po szkole” w osiedlowym sklepie. Nawet taniej wyjdzie (a zatem: z tego samego kieszonkowego, które kiedyś starczało na pięć paczek ze sklepiku szkolnego uczeń kupi sobie sześć albo siedem…) Chodzi o coś więcej. O to, że takie odbieranie rodzicom prawa do decydowania o dzieciach to kolejny mały kroczek w stronę totalitaryzmu. W stronę państwa, które nam mówi jak mamy dzieci karmić, jak mamy je wychowywać, czy możemy je w ogóle mieć, czy możemy w ogóle cokolwiek mieć, co możemy robić, mówić, myśleć…
Skandalem jest to, co mówi przedstawiciel tego państwa. Nie tak dawno Ewa Kopacz zarzekała się, że nie chce żyć w kraju, w którym ktoś urządza jej życie i mówi na jakie filmy chodzić, jakie książki czytać, w co się ubierać, co myśleć na dany temat. Teraz ta sama Ewa Kopacz popiera urządzanie życia innym ludziom i publicznie owo urządzanie komuś życia usprawiedliwia! Czy są słowa, które opisują taki poziom zakłamania?
Zostawmy już Ewę Kopacz i jej rząd, bo na szczęście wszyscy ludzi i wszystkie rządy przemijają. Poszukajmy rozwiązania, które nie naruszałoby niczyjej wolności i pozwalało każdemu rodzicowi podjąć własną decyzję. Mogłoby się wydawać, że nie ma dobrego rozwiązania, bo przecież jedna grupa rodziców nie chce mieć w szkole sklepiku z niezdrową żywnością, a druga chce. Ale to rozwiązanie jest. Szkoły muszą zostać sprywatyzowane, a edukacja musi być wyjęta spod władzy państwa.
Każda szkoła prywatna będzie mogła ustalić własne zasady dotyczące żywienia, a rodzice dobiorą spośród dostępnych w okolicy taką, która najbardziej odpowiada ich oczekiwaniom. Przeciwnicy chipsów poślą dzieci do szkoły bez chipsów, wegetarianie do szkoły bez mięsa na stołówce, muzułmanie tam gdzie posiłki są halal, a żydzi tam gdzie koszerne. I nikt nie będzie nikomu niczego narzucał. Jedynie Ewa Kopacz będzie nieszczęśliwa, bo nie będzie mogła (przynajmniej w tej dziedzinie) nikomu urządzać życia.
Jakub Malicki
Artykuł ukazał się w pierwszym numerze papierowej wersji ukazującej sie na terenie Powiatu Jaworskiego gazety "Wiadomości24h". Wersję elektorniczną można za darmo pobrać tutaj:

