Trener Bartoszek podkreślał, że jego zespół z respektem podszedł do starcia z WKS-em. Z kolei szkoleniowiec gospodarzy ubolewał, że mimo wielu znakomitych sytuacji, jego zespół zszedł z boiska pokonany.
Maciej Bartoszek:
- Najważniejszy cel osiągnęliśmy. Chcieliśmy przejść dalej w Pucharze Polski, ale obawialiśmy się tego spotkania. Z wielkim szacunkiem i respektem podeszliśmy do tego przeciwnika. Tym bardziej, że w ostatnim meczu ligowym Śląsk zapunktował, wygrał spotkanie. Można było się spodziewać, że Śląsk postawi nam bardzo trudne warunki, tym bardziej że graliśmy na jego obiekcie. Drugim problemem było to, że jednak długo musieliśmy czekać na to spotkanie po ostatnim meczu ligowym. Jak widać poradziliśmy sobie z tym. Chciałbym podziękować zawodnikom, że pozytywnie zakończyliśmy ten rok
- zaznaczał Maciej Bartoszek, opiekun Zawiszy.
W półfinale rozgrywek bydgoszczanie zmierzą się z Legią Warszawa.
- No cóż, w tej fazie Pucharu z każdym przeciwnikiem nie byłoby łatwo. Będziemy musieli się dobrze przygotowć, by w tym spotkaniu wypaść jak najlepiej - podkreślał trener ekipy znad Brdy. Wracając do meczu w stolicy Dolnego Śląska trener Bartoszek zauważał, że celem jego drużyny jest bycie wśród najlepszych w Polsce. - W tym sezonie mamy jasno określony cel. Chcemy wrócić do ekstraklasy, a jeżeli chcemy wrócić do ekstraklasy, to w takich meczach musimy udowadniać, że na to zasługujemy - kończył Maciej Bartoszek.
Romuald Szukiełowicz:
- Opinia może być tylko jedna. Jak nie wykorzystuje się stuprocentowych sytuacji to się przegrywa mecz. Wygrała drużyna, która mając dwie sytuacje strzeliła dwie bramki. My od 46 do 64 minuty mieliśmy cztery stuprocentowe sytuacje. Z tego trzy były lepsze niż rzut karny. Jeżeli chodzi o zawodników, sami panowie widzieli jak podeszli do tego spotkania. Nikt ani pzrez moment nie pomyślał, że to jest puchar, który nas nie interesuje. Bardzo nas interesował. Chłopcy udowodnili, że zależy im na pucharze
- mówił Romuald Szukiełowicz, szkoleniowiec Śląska.
Losy spotkania potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby wrocławianie mogli pochwalić się w środę lepszą skutecznością. Zwłaszcza napastnik Kamil Biliński, który znakomicie odnajdował się w polu karnym gości, jednak piłka po jego strzałach jak zaczarowana, poza jednym wyjątkiem, nie chciała trafiać w światło bramki.
- Walczył o pozycje, znajdował pozycje, dostawał piłki i zabrakło skuteczności. Sytuacja na otwarcie drugiej połowy, "Bilu" nie trafił w piłkę, a Ostrowski trafił w leżącego na ziemi zawodnika. Tego nie można było nie strzelić, a jednak okazało się, że można. Za chwilę kolejna sytuacja. Rewelacyjnie dostaje piłkę na głowe, tylko trafić w bramkę. Za chwilę kolejna sytuacja, wchodzi Zieliński, kulnąć piłkę do boku. Tak możemy gdybać, ale to już dzisiaj nam nie pomoże. To był dla nas bardzo ważny mecz, a teraz czeka nas bardzo ważny mecz z Podbeskidziem. Mam nadzieję, że jeżeli stworzymy sobie tyle sytuacji co w dzisiejszym meczu, to skuteczność będzie lepsza - podkreślał trener Szukiełowicz.
Szkoleniowiec WKS-u długo zdawał się niedowierzać temu, że jego zespół pożegnał się z pucharową rywalizacją.
- Piłka polega na tym, że kto strzeli bramkę ten wygrywa. Oni strzelili dwie, myśmy strzelili jedną. Pozytywnie podchodzę do tego meczu. Nie do wyniku, tylko do tego co stworzyliśmy, bo były sytuacje, była agresja, było granie. Podjęliśmy duże ryzyko, kilkanaście minut zagraliśmy trójką obrońców. Weszli młodzi chłopcy, którzy pokazali się z dobrej strony. W tym meczu wszystko poza wynikiem było dla mnie pozytywne. - oceniał Romuald Szukiełowicz. - Nie wiem co powiedzieć, bo teraz to wydaje się niemożliwe, że przegraliśmy.

